Caroline Janice Cherryh
Przybysz
. Księga 3 . Rozdział 4 .
Poranek zawitał do pokoju przez zachlapane deszczem szyby, a
śniadanie wcale nie pojawiło się automatycznie. Bren pociągnął za sznur, żeby o
nie poprosić, załatwił sprawę z Maigim, który przynajmniej szybko się pojawił, i
polecił Djinanie rozpalić ogień do kąpieli, którą chciał wziąć po śniadaniu.
Potem powstał problem "wygódki". Przed śniadaniem, stojąc przed
perspektywą wyprawy na dół w poszukiwaniu nowoczesnej łazienki, wybrał
prywatność i zdanie się na to, co najwyraźniej na swój sposób zdawało egzamin i
co nie powodowało krępujących pytań ani (dyplomatycznie mówiąc) wrażenia, że
gardzi z trudem osiągniętą elegancką, historyczną gościnnością. Wszystko poszło
dobrze. Stwierdził, że jeśli dadzą mu spokój, przyzwyczai się.
Pomyślał, że zadaniem paidhiego jest dostosować się. Obojętnie
jak.
Śniadanie składało się - o Boże! - z czterech dań. Zobaczył
oczyma duszy swój podwojony obwód w pasie i zamówił na obiad zwykłą rybę z wody
i kawałek owocu, po czym odprawił służących i wziął długą, leniwą kąpiel. Życie
w Malguri, z konieczności polegało na planowaniu z wyprzedzeniem. Choć tu nie
wystarczyło odkręcić po prostu kranu, woda była jednak gorąca.
Nie poprosił Tano i Alginiego, by mu towarzyszyli ze swoją nie
- rozmową podczas kąpieli ("Tak, nadi, nie, nadi") ani o pomoc przy ubieraniu
się. Właściwie nie widział powodu, by się ubierać: żadnych zajęć, żadnych planów
aż do obiadu, przynajmniej zgodnie z tym, co powiedzieli mu Banichi i Jago.
Owinął się więc w szlafrok i zaczął wyglądać przez okno
gabinetu na szarość, w której jedynym kolorem była błękitna i bursztynowa
obwódka okna. Jezioro było srebrzyście szare, oprawione w ciemnoszare urwiska i
mgłę. Mlecznoszare niebo zapowiadało więcej deszczu. Na szkle lśniły klejnoty
ostatnich kilku kropli.
Egzotyka. To z całą pewnością nie był Shejidan. Ani Mospheira.
Nie było w tym nic ludzkiego i, o ile potrafił się zorientować, wcale nie było
tu bezpieczniej niż w domu Tabiniego, natomiast mniej wygodnie. Bez kontaktu dla
jego komputera.
Może zabójca pożałuje na bilet lotniczy.
Może nuda wygoni drania do atrakcyjniejszych krain.
Może po
tygodniu tych wspaniałych luksusów pójdzie pieszo do stacji kolejowej i ucieknie
razem z zabójcą.
Fantazje, ot co.
Zdjął z półki księgę gości - musiał czymś zająć myśli przyniósł
ją do okna, do lepszego światła i zaczął przeglądać. Odczytując nazwiska,
uświadamiał sobie - na widok stron dodawanych od przodu, a nie na końcu, zgodnie
z układem atevskich książek - że trzyma w rękach antyk co najmniej
siedmiusetletni i że większość osób mieszkających w tych pokojach była aijiin
lub osobami skoligaconymi z nimi przez małżeństwa, a niektóre z nich zapisały
się w historii, jak Pagioni, jak Dagina, który podpisał z Mospheirą Traktat o
Kontrolowanym Rozwoju Środków - sprytny, praktyczny gość, który, dzięki Bogu,
rządził twardą ręką i wyeliminował kilka bardzo niebezpiecznych, grożących wojną
przeszkód metodami niedostępnymi dla ludzi.
Bren był pod wrażeniem. Otworzył księgę od tyłu, tak jak
czytali atevi - od prawej do lewej i z góry na dół - i odkrył, że data fundacji
pierwszej fortecy w tym miejscu, jak to mówił kierowca furgonetki, pochodzi
rzeczywiście sprzed dwóch tysięcy lat. Została wzniesiona z miejscowego
kamienia, by utrzymać dla nizin cenne zasoby wodne Maidingi i powstrzymać ciągłe
ataki górskich plemion na nizinne wsie. Druga, rozbudowana forteca -
przypuszczał, że należą do niej otaczające ściany - pochodziła z LXI wieku.
Przejrzał zmiany i dobudówki, znalazł rozkład wycieczek cóż za
odkrycie! - odbywających się raz na miesiąc i ograniczonych do dolnego holu
("Prosimy naszych gości o niezwracanie uwagi na te comiesięczne wizyty, które
aiji uznaje za konieczne i właściwe, ponieważ Malguri stanowi zabytek należący
do ludu prowincji. Gdyby któryś z gości pragnął przyjąć grupę wycieczkową na
oficjalnej bądź nieoficjalnej audiencji, prosimy o poinformowanie o takim
zamiarze personelu, który z najwyższą przyjemnością wszystko przygotuje.
Niektórzy goście skorzystali z takiej możliwości, wzbudzając tym zachwyt
turystów i czyniąc im w ten sposób wielki zaszczyt....").
Przeraziłbym ich na śmierć, pomyślał ponuro Bren. Dzieci z
krzykiem uciekałyby do rodziców. Nikt z miejscowych nigdy nie widział człowieka
twarzą w twarz.
Za dużo telewizji, powiedziałby Banichi. Podobno dzieci w
Shejidan trzeba było uspokajać co do Mospheiry, że ludzie nie opuszczą wyspy i
nie pojawią się nocą w ich domach. Atevskie dzieci wiedziały o zabójcach. Z
telewizji wiedziały o Wojnie Lądowania. I o stacji kosmicznej, o którą ten świat
nie prosił. Stacji, która na niego spadnie i zniszczy go.
Jego poprzednik sprzed dwóch kadencji próbował uzyskać dla
ludzi pozwolenie odwiedzania oddalonych miast. Kilku burmistrzów poparło ten
pomysł. Jeden z tego powodu zginął.
Paranoja wciąż mogła być głęboko zakorzeniona - w odległych
rejonach - i Bren nie miał ochoty przeciągać struny, nie teraz, nie w tej
krytycznej sytuacji, kiedy już raz próbowano targnąć się na jego życie.
Wysyłając go tu, Tabini chciał, by się nie wyrywał i siedział cicho. A on wciąż,
do diabła, nie wiedział, co mógłby zmienić na lepsze w swoim postępowaniu po
zaprzepaszczeniu możliwości zadzwonienia na Mospheirę.
Jak gdyby taka możliwość w ogóle istniała.
Ludzie prowadzili na zmianę z atewskimi załogami samoloty
towarowe z Mospheiry do Shejidan oraz do kilku nadmorskich miast i z powrotem.
Taki był obecnie zasięg ich swobody, podczas gdy ich pradziadowie latali między
gwiazdami, których nikt już nie pamiętał.
A teraz, gdyby paidhi przeszedł się do miasta po przedłużacz,
najprawdopodobniej zostałby aresztowany. Jego widok mógłby wywołać rozruchy,
panikę gospodarczą, plotki o spadających stacjach kosmicznych i promieniach
śmierci.
Szczerze mówiąc, był przygnębiony. Sądził, że dobrze się
rozumieją z Tabinim, sądził, po ludzku potrzebując czegoś takiego, że Tabini
jest tak bliskim przyjacielem, jak to tylko możliwe u atevy.
Coś było absolutnie nie tak. A przynajmniej na tyle, że Tabini
nie mógł mu tego wyjawić - wszystko na to wskazywało - ani oficjalnie, ani
prywatnie. Bren odłożył księgę na półkę i znów zaczął chodzić po pokojach. Nie
miał takiego zamiaru, ale to było silniejsze od niego, tam i z powrotem, do
sypialni i z powrotem, do salonu, gdzie okno wychodzące na jezioro pozwalało mu
przynajmniej dostrzec promień słońca przebijający się przez chmury. Srebrzyste
blaski kładły się na wodzie.
To było piękne jezioro. Wspaniały pejzaż, kiedy nie jest szaro.
Gdyby śniadanie nie ciążyło Brenowi w żołądku ołowiem, widok ten mógłby podnieść
go na duchu.
Niech go diabli, jeśli nadal chce mu się zachowywać
cierpliwość. Praca paidhiego być może tego wymaga. Praca paidhiego być może
polega na siedzeniu cicho i wymyślaniu, jak zachować pokój, a on być może
niezbyt dobrze ją wykonał, strzelając w domu aijiego. Ale...
Nie poszukał broni. Nawet o niej nie pomyślał. To Tano, Algini
i Jago pakowali i rozpakowywali jego rzeczy.
Popędził do sypialni, rzucił się na kolana i wsadził rękę pod
materac.
Jego palce trafiły na twardy metal. Dwa kawałki twardego
metalu: pistolet i magazynek.
Wyciągnął je, nie wstając z klęczek. Siedział tak na podłodze,
w szlafroku, z pistoletem w ręku, bojąc się nagle, że ktoś go zaskoczy. Szybko
wepchnął broń i magazynek na miejsce i zaczął się zastanawiać, o co tu, do
diabła, chodzi?
Niewątpliwie o to, że paidhi został odstawiony na boczny tor.
Że jest uzbrojony i strzeżony. A jego ochrona nie chce mu nic powiedzieć.
No cóż, niech to diabli, pomyślał.
Wstał z podłogi w nagłym przypływie stanowczości, zamierzając
posunąć się jak najdalej w ramach przydzielonej mu swobody i sprawdzić, gdzie
mogą leżeć (choćby najbardziej mgliste) jej granice. Podszedł do szafy, z której
wyciągnął porządne spodnie, sweter - uparcie ludzki i uniemożliwiający atevim
ocenę jego statusu - oraz dobre brązowe buty myśliwskie, ponieważ taki panował
styl w tym wiejskim domu.
Swój ulubiony codzienny kaftan - ten ze skóry.
Następnie wyszedł przez imponujące drzwi frontowe apartamentu i
wolnym, beztroskim krokiem ruszył wzdłuż korytarza do schodów, zupełnie nie
starając się ukryć, zszedł na dół, na główny poziom wyłożony kamiennymi płytami
i przeszedł przez hol do wielkiej sali, w której na kominku płonął rozrzutnie
ogień. Światła dostarczały wyłącznie świece; potężne drzwi frontowe były
zamknięte.
Przeszedł się wokół sali, leniwie oglądając antyki i
poustawiane na stolikach bibeloty, które mogły mieć jakąś funkcję albo być
jedynie ozdobami - tego nie wiedział. Nie wiedział, jak się nazywa wiele
przedmiotów wiszących na ścianach, szczególnie tych śmiercionośnych. Nie
rozpoznawał co dziwniejszych wypchanych głów i skór - postanowił odszukać te
gatunki, określić ich status i dołączyć je do bazy danych na Mospheirze, z
ilustracjami, gdyby udało mu się zdobyć jakąś książkę albo kopiarkę...
...albo włączyć komputer do kontaktu.
Przy tej ostatniej myśli zniechęcenie Brena osiągnęło kolejny
poziom. Pomyślał o sprawdzeniu, czy drzwi frontowe są zamknięte, i przejściu się
po dziedzińcu, gdyby tak nie było - może mógłby się przyjrzeć armacie, a może
bramie i drodze.
Potem stwierdził, że prawdopodobnie byłaby to zbyt wielka próba
dla dobrego humoru Banichiego, zapewne naruszająca też, co ważniejsze, starannie
zaplanowaną przez niego sieć zabezpieczeń, w którą mógłby wpaść, zamiast
zabójcy, on sam.
Bren postanowił więc przejść się po tylnej części budynku;
poszedł bogato zdobionym korytarzem, a potem zapuścił się w skromniejsze
przejścia, mijając drzwi, których nie ośmielał się otworzyć. Gdyby wtargnęli tu
zabójcy, szczególnie w ciemności, chciał znać rozkład korytarzy, sal i schodów,
które mogłyby służyć za drogę ucieczki.
Zlokalizował kuchnie. I magazyny.
A także odchodzące pod kątem prostym przejście do holu, przez
którego wąskie okna widać było góry. Skręcił tam, sądząc, że odkrył zewnętrzny
mur, i poszedł długim korytarzem do końca, gdzie miał wybór drogi: w lewo lub w
prawo.
Uznał, że korytarz odchodzący w lewo musi się już znajdować w
innym skrzydle budynku, a zobaczywszy znajdujące się tam podwójne, zamknięte
drzwi, pomyślał z niemiłym dreszczem o pomieszczeniach prywatnych, przewodach i
systemach bezpieczeństwa.
Stwierdził wtedy, że jeśli przyszedł do jakichś prywatnych
apartamentów, gdzie zabezpieczenia mogą być o wiele nowocześniejsze od
oświetlenia, to rozsądniej będzie wrócić do frontowej części budynku, zamykając
w ten sposób kwadrat w kierunku frontowego holu i przedsionka.
Bren miał coraz większą pewność, że korytarz, którym szedł,
prowadzi właśnie tam i skończy się przy schodach prowadzących na jego piętro.
Minął jeszcze jeden boczny hol i rozgałęzienie, którego odnogi prowadziły w
lewo, w prawo i prosto, i rzeczywiście znalazł się w sklepionym wejściu do
wielkiego holu przed głównymi drzwiami, gdzie znajdował się kominek.
Niezła nawigacja, pomyślał i podszedł do ognia, skąd zaczął
ekspedycję do tylnych pomieszczeń.
- No, proszę - odezwał się ktoś tuż za nim.
Sądził, że przy kominku nikogo nie ma. Odwrócił się z
zaskoczeniem i zobaczył pomarszczoną, drobną atevę o czarnych włosach
przyprószonych siwizną, siedzącą na jednym z obitych skórą krzeseł z wysokim
oparciem. Jak na przedstawicielkę swojego gatunku była maleńka.
- No? - powtórzyła i zamknęła z trzaskiem książkę. - Jesteś
Bren. Tak?
- Jesteś... - zmagał się z tytułami i polityką: kiedy człowiek
stoi twarzą w twarz z atewskim wielmożą, używa innych zwrotów grzecznościowych.
- Szacowna aiji - wdowa.
- Szacowna, akurat. Powiedz to hasdrawadowi. - Skinęła na niego
szczupłą, pomarszczoną ręką. - Podejdź tu.
Usłuchał, nawet o tym nie myśląc. Ilisidi miała w sobie coś
władczego. Jej palec wskazywał miejsce przed krzesłem i Bren stanął właśnie tam,
poddając się gruntownej lustracji jej bladożółtych oczu, których kolor zapewne
był cechą rodzinną. Obiekt ich zainteresowania zaczynał myśleć o wszystkim, co
zrobił w ciągu minionych trzydziestu godzin.
- Niepokaźnyś - rzekła.
Z wdową się nie spierało. Był to fakt dobrze znany.
- Nie, jak na moją rasę, nand' wdowo.
- Maszyny do otwierania drzwi. Maszyny do wchodzenia po
schodach. Nic dziwnego.
- Maszyny do latania. Maszyny do latania między gwiazdami.
Przypominała mu Tabiniego. Nagle przekroczył granicę uprzejmości względem
obcych. Zapomniał o zwrotach grzecznościowych i postawił się jej. Nie widział
żadnej drogi odwrotu. Tabini potraktowałby odwrót z pogardą. Podobnie jak
Ilisidi, był o tym przekonany w chwili, kiedy zobaczył jej zaciśnięte szczęki,
iskrę ognia w oczach, które były oczami Tabiniego.
- A wy dajecie nam to, co pasuje do naszych zacofanych
osobowości.
Rzeczywiście, odgryzła mu się bezpośrednio. Skłonił się.
-
Przypominam sobie, że to wy wygraliście wojnę, nand' wdowo.
- Doprawdy?
Te żółte, blade oczy były bystre, a zmarszczki wokół ust wdowy
świadczyły o stanowczości. Uderzyła w niego. Oddał jej cios.
- Tabini - aiji też podaje to w wątpliwość. Spieramy się.
- Siadaj!
Był to swego rodzaju postęp. Ukłonił się i przyciągnął do
siebie stojący w pobliżu podnóżek, nie chcąc szarpać się z krzesłem, co chyba
nie poprawiłoby jego wizerunku w oczach starej damy.
- Ja umieram - rzuciła Ilisidi. - Wiesz o tym?
- Wszyscy umierają, nand' wdowo. Wiem o tym.
Nie spuszczała z niego żółtych, okrutnych i zimnych oczu, a
kąciki jej ust opadły w dół.
- Bezczelny szczeniak.
- Pełen szacunku, nand' wdowo, dla tej, która przetrwała.
Skóra
w kącikach jej oczu zadrgała, a podbródek nieco się uniósł, sprawiając wrażenie
surowości i siły.
- Tania filozofia.
- Nie dla twoich wrogów, nand' wdowo.
- A jak tam zdrowie mojego wnuka?
Prawie go zaskoczyła. Prawie.
- Tak dobrze, jak na to zasługuje.
- A na jakie zdrowie zasługuje? - Chwyciła powykręcaną dłonią
laskę opartą o krzesło i załomotała nią w podłogę.
- Do cholery z tobą! - wrzasnęła w powietrze. - Gdzie ta
herbata?
Najwyraźniej rozmowa się skończyła. Bren był zadowolony, że to
jej służący byli przyczyną tej irytacji.
- Przepraszam, że ci przeszkodziłem - zaczął, podnosząc się.
Laska uderzyła w kamienie. Wdowa spiorunowała go wzrokiem.
- Siadaj!
- Proszę wdowę o wybaczenie, mam... - pilne spotkanie, chciał
powiedzieć, ale zamilkł. Tutaj to kłamstwo było niemożliwe.
Laska uderzyła w podłogę raz, drugi.
- Cholerne wałkonie! Cenedi! Herbata!
Czy ona jest zdrowa na umyśle? zadał sobie pytanie Bren.
Usiadł. Nie wiedział, co innego mu pozostaje. Nie był nawet pewien, czy w ogóle
istnieją jacyś służący albo czy herbata figurowała w tym równaniu, zanim
staruszka o niej wspomniała, ale przypuszczał, że osobisty personel aiji - wdowy
wiedział, jak z nią postępować.
Stary personel, powiedziała Jago. Niebezpieczny, dał mu do
zrozumienia Banichi.
Łup! Łup!
- Cenedi! Czy ty mnie słyszysz?
Z tego, co wiedział Bren, Cenedi mógł nie żyć od dwudziestu
lat. Siedział na podnóżku, skamieniały niczym dziecko, rękoma oplatając kolana,
gotów do osłonienia głowy i ramion, gdyby kaprys Ilisidi obrócił laskę przeciwko
niemu.
Ku jego uldze ktoś się jednak pojawił, atewski służący, którego
na pierwszy rzut oka wziął za Banichiego, ale po bliższym przyjrzeniu się poznał
swój błąd. Taki sam czarny mundur. warz pobruździł jednak czas, a włosy były
gęsto przetykane siwizną.
- Dwie filiżanki - warknęła Ilisidi.
- Bez najmniejszego kłopotu, nand' wdowo - odpowiedział
służący.
To Cenedi, domyślił się Bren, który wcale nie chciał herbaty,
był po śniadaniu, zjadł wszystkie cztery dania. Wolał zniknąć sprzed oczu
Ilisidi i uniknąć jej wrogich pytań zanim powie lub zrobi coś, co wpędzi
Banichiego - kimkolwiek Banichi jest - w kłopoty.
Albo Tabiniego.
Jeśli babka Tabiniego jest, jak twierdzi, umierająca, to
prawdopodobnie nie ma już powodów, by z tolerancją odnosić się do świata, który
według jej oświadczenia nie wykazał się mądrością, pomijając jej osobę. Ta
rozgniewana kobieta może być niebezpieczna.
Lecz serwis do herbaty zwykle składał się z sześciu filiżanek i
Cenedi umieścił jedną pełną filiżankę w dłoni wdowy, a drugą podał Brenowi,
filiżankę, z której najwyraźniej miał się napić. Przez chwilę miał w uszach
słowa mądrych atevich, powtarzane wszystkim dzieciom, nie bierz, nie dotykaj,
nie rozmawiaj z obcymi...
Ilisidi upiła łyczek, wpatrując się nieugiętym wzrokiem w
Brena. Był przekonany, że jest rozbawiona. Może uważa go za głupca, ponieważ nie
odstawił natychmiast filiżanki i nie pobiegł po radę do Banichiego albo ponieważ
potężnie się zagalopował, spierając się z kobietą, której bał się niejeden
ateva, i to nie z powodu jej szaleństwa.
Wypił łyk. Nie widział innej drogi wyjścia, jak paniczna
ucieczka, lecz nie było to wyjście kiedykolwiek dostępne paidhiemu. Pijąc,
patrzył Ilisidi prosto w oczy, a kiedy nie poczuł niczego dziwnego w samej
filiżance ani w herbacie, pociągnął drugi raz.
Kiedy Ilisidi piła, sieć zmarszczek wokół jej oczu napinała
się. Nie widział jej ust kryjących się za dłonią i filiżanką, a kiedy ją
opuściła, sieć zmarszczek rozluźniła się, pozostawiając jedynie mapę lat i
niespełnionych zamiarów, labirynt linii na oświetlonej blaskiem ognia, czarnej,
lśniącej skórze.
- A więc jakim nałogom oddaje się paidhi w wolnych chwilach?
Hazardowi? Uprawianiu seksu ze służbą?
- W interesie paidhiego leży rozwaga.
- I celibat?
Nie było to uprzejme pytanie. Obawiał się też, że nie zostało
zadane w duchu uprzejmości.
- Na Mospheirę można szybko dolecieć samolotem, nand' wdowo.
Odwiedzam dom, kiedy tylko mam na to czas. Ostatni raz... - nie czuł się
zaproszony do pogawędki, wolał jednak to od śledztwa Ilisidi - ...było to 28.
madara.
- Ach. - Kolejny łyk herbaty. Strzepnięcie długich, szczupłych
palców. - Niewątpliwie perwersyjna historia.
- Złożyłem uszanowanie matce i bratu.
- A ojcu?
To już trudniejsze pytanie.
- W separacji.
- Na wyspie?
- Jak być może aiji - wdowa wie, my nie praktykujemy krwawych
waśni. Jedynie prawo.
- Zimnokrwiste plemię.
- Kiedyś praktykowaliśmy waśnie.
- Ach. I to jest kolejna rzecz, którą w swojej wielkiej
mądrości uznaliście za nierozsądną?
Wyczuł, że tu być może kryje się podstawa jej niechęci. Nie
miał pewności. Jednak chodził już przedtem po tym polu minowym - było to znane
mu terytorium i Bren spojrzał rozmówczyni prosto w twarz.
- Zadaniem paidhiego jest doradzanie. Jeśli aiji odrzuca nasze
rady...
- Czekacie - dokończyła za niego - na innego aijiego, innego
paidhiego. Ale oczekujecie, że postawicie na swoim.
Nikt jeszcze nie powiedział mu tego tak wyraźnie. Zastanawiał
się, czy atevi to rozumieją, chociaż sądził, że tak.
- Sytuacja się zmienia, nand' wdowo.
- Herbata ci stygnie. - Znów się napił. Rzeczywiście, była
zimna, w małych filiżankach szybko stygła. Zastanawiał się, czy Ilisidi wie, co
sprowadza go do Malguri. Wyobrażał ją sobie jako starą kobietę, pozbawioną
kontaktów ze światem, ale teraz zmienił zdanie. Wysączył herbatę do końca.
Ilisidi dopiła swoją i cisnęła filiżankę do ognia. Porcelana
rozprysnęła się. Podskoczył - wstrząśnięty jej gwałtownością, ponownie zadając
sobie pytanie, czy Ilisidi jest przy zdrowych zmysłach.
- Nigdy mi się ten serwis nie podobał - rzekła wdowa.
Przez
chwilę miał ochotę postąpić za jej przykładem. Gdyby coś takiego powiedział
Tabini, to wystawiałby go na próbę i Bren rzuciłby filiżanką. Nie znał jednak
Ilisidi. Musiał zawsze brać to pod uwagę. Wstał i podał swoją filiżankę
Cenediemu, który czekał z tacą.
Cenedi cisnął wszystko do kominka. Herbata zasyczała na
węglach. Na podłodze leżały kawałki rozbitej porcelany.
Bren skłonił się, jakby
otrzymał komplement i zobaczył starą kobietę, która, umierając pośród tych
wszystkich cennych antyków, niszczyła to, co urażało jej poczucie estetyki,
rozbijała bezcenne skarby, bo jej się nie podobały. Pragnąc od niej uciec,
mruknął:
- Dziękuję aiji - wdowie za poświęconą mi uwagę. - Zrobił nawet
dwa kroki, zanim laska znów załomotała w kamienie. Zatrzymał się i odwrócił,
powstrzymany atewskim obyczajem oraz podejrzeniem co do usług, jakie oddawał jej
Cenedi.
Rozbawił aiji - wdowę. Jej chude ciało trzęsło się ze śmiechu.
Obiema rękoma wspierała się na lasce.
- Uciekaj. Uciekaj, nand' paidhi. Ale gdzie jest bezpiecznie?
Wiesz?
- Tutaj - odparował. Nie można było cofać się przed
bezpośrednim wyzwaniem - chyba że było się dzieckiem i nikomu nie służyło. - W
twojej posiadłości. Tak uważał aiji.
Nic nie powiedziała, śmiała się tylko i kiwała w przód i w tył,
wsparta na lasce. Po chwili niepokoju uznał, że może odejść, ukłonił się i
ruszył do drzwi, mając nadzieję, że skończyła już z żartami, i zadając sobie
pytanie, czy Ilisidi jest normalna, czy Tabini o tym wiedział, i dlaczego
zniszczyła ten serwis?
Bo sprofanował go człowiek?
A może było coś w herbacie, co teraz ulatywało jako para z
wiatrem nad kominem? Trochę go mdliło. Powiedział sobie, że to autosugestia.
Przypomniał sobie, że pewnych herbat ludzie nie powinni pić.
W drodze przez hol i po schodach puls walił mu jak młotem i
Bren zastanawiał się, czy powinien spróbować zwymiotować i gdzie to zrobić albo
czy zdąży dotrzeć do swojej łazienki, żeby nie zdenerwować służby i by nie
stracić swojej godności...
To było głupie, gdyby został otruty. Serce biło mu mocno
prawdopodobnie ze strachu. To pewnie jeden z tych środków pobudzających, takich
jak midagra, przedawkowanie których mogło zaprowadzić człowieka na salę
reanimacyjną. Powinien znaleźć Banichiego albo Jago i powiedzieć im, co zrobił,
co wypił i co już się dostaje do jego krwiobiegu.
Kiedy dotarł do górnego holu, na skórze wystąpił mu lepki pot..
Być może to nic więcej niż strach i autosugestia, ale zaczynało brakować
powietrza i robiło mu się ciemno przed oczami. Hol stał się sennym koszmarem,
rozbrzmiewającym echem jego kroków na drewnianej podłodze. Wyciągnął rękę w
stronę ściany, żeby się na niej oprzeć, ale ręka zniknęła w dziwnej czarnej
nicości na granicy pola widzenia.
Mam poważne kłopoty, pomyślał. Muszę dojść do drzwi. Nie wolno
mi upaść w korytarzu. Nie wolno dać im do zrozumienia, że reaguję na herbatę.
Nigdy nie okazywać strachu, nigdy nie ujawniać złego samopoczucia...
Drzwi przybliżyły się chwiejnie, stanowiąc rosnący jasny punkt
w ciemnym tunelu. Dostrzegł rozmytą klamkę i nacisnął ją. Drzwi otworzyły się,
wpuszczając go w oślepiający blask padający z okien, biały niczym roztopiony
metal.
Zamknąć drzwi, pomyślał. Zamknąć je na klucz. Kładę się do
łóżka. Może trochę się prześpię. Nie mogę spać przy otwartych drzwiach.
Zamek zaskoczył. Był tego pewien. Stanął przodem do
rozświetlonych okien, przeszedł chwiejnie kilka kroków i stwierdził, że idzie w
złą stronę, do światła.
- Nadi, Bren!
Odwrócił się błyskawicznie, przestraszony donośnym dźwiękiem,
przestraszony czającą się na niego zewsząd ciemnością, docierającą już do środka
pola widzenia, ciemnością, która wyciągnęła do niego ręce, schwyciła i uniosła w
powietrze, podczas gdy on tracił wszelkie pojęcie, gdzie jest góra, a gdzie dół.
Potem była sama biel, dopóki nie wróciła szarość i zamęt.
Poczuł, że jest przechylony nad kamienną krawędzią, ktoś wykrzykiwał polecenia
rozbrzmiewające echem w uszach i ściągał mu sweter przez głowę:
Następnie w tył głowy uderzyła go woda, zimna woda, twardy
potop, od którego mózg obijał mu się wewnątrz czaszki. Mimowolnie zaczerpnął
wodnistego powietrza i usiłował nie dać się utopić, ale ramiona, podobnie jak
kark, miał unieruchomione w czyimś żelaznym uścisku - ktokolwiek go trzymał,
miał za dużo rąk. Kiedy próbował odwrócić głowę, dusił się. Jeśli nie ruszał się
z miejsca, trzymając głowę pod strumieniem wody, to mógł oddychać między
skurczami żołądka, który nie mógł już pozbyć się niczego więcej.
Coś boleśnie ukłuło go w ramię. Ktoś przebił mu skórę i Bren
teraz krwawił, może puchło mu ramię, a ten, kto go przytrzymywał, wciąż chciał
go utopić. Przez żołądek przetaczały mu się fale mdłości, czuł we krwi piekące
przypływy nie mające nic wspólnego z księżycami tego świata. Te otaczające go i
przytrzymujące istoty to nie byli ludzie; wcale go nie lubiły - nawet w
najlepszym wypadku atevi woleliby, żeby ludzi nigdy nie było, żeby nigdy tu nie
przybyli... To ich trzymanie się Mospheiry kosztowało tyle krwi i ludzie byli
jej winni, ale co innego mogli zrobić?
Zaczęło mu się robić zimno. Chłód wody zaczął coraz głębiej
przenikać mu do głowy, aż ciemność zaczęła się rozwiewać i Bren dostrzegał już
szary kamień, wodę w wannie, a uścisk na szyi i ramionach odczuwał jako bolesny.
Kolana zdrętwiały mu od klęczenia na kamiennej posadzce. Nie czuł rąk.
Poczuł dziwną lekkość w głowie. Zastanawiał się, czy to już
koniec. Czy ja umieram? Jeśli tak, to Banichi się wścieknie.
- Zakręć wodę - powiedział Banichi i Bren nagle stwierdził, że
leży na plecach, wciśnięty w coś co niejasno uznał za czyjś podołek. Poczuł, jak
na jego wychłodzoną skórę ktoś narzuca koc, bardzo miły, lecz zbyt cienki.
Pomyślał, że jest żółty, nie wiedział dlaczego wydało mu się to ważne:
Przestraszył się, gdy ktoś go wziął na ręce jak dziecko, że ta osoba zechce
znieść go po schodach, które gdzieś tu są, o ile nie zawodzi go pamięć. Wcale
nie czuł się bezpiecznie u kogoś na rękach.
Ręce zniknęły i upuściły go.
Wrzasnął. Najpierw plecami i ramionami, a potem całą resztą
uderzył w materac.
Potem ktoś przetoczył go szorstko na brzuch po jedwabistych,
ślizgających się futrach, i zdjął z niego koc, buty i spodnie, a on leżał jak
sparaliżowany, zdając sobie sprawę ze wszystkiego, a także z ucisku w skroniach,
który zapowiadał potężny ból głowy. Usłyszał głos Banichiego wybijający się
spośród ogólnego szumu panującego w pokoju, więc wszystko było dobrze. Będzie
dobrze, ponieważ jest tu Banichi. Powiedział, żeby mu pomóc:
- Wypiłem herbatę.
Otrzymał potężne uderzenie w ucho.
- Głupiec! - rzekł Banichi gdzieś z góry. Przewrócił Brena na
plecy i okrył futrami.
Nie pomogło to na ból głowy, który narastał w przerażającym
tempie i powodował przyśpieszone bicie serca. Bren pomyślał o udarze, tętniaku i
bliskim ataku serca. Zmaltretowane przez Banichiego ucho było gorące i na wpół
zdrętwiałe.
Banichi chwycił go za rękę i wbił w nią igłę - bolało, ale nie
tak, jak właśnie zaczynała go boleć głowa.
Potem chciał już tylko leżeć zagrzebany w skórach martwych
zwierząt i oddychać. Słuchał bicia własnego serca, mierzył długość oddechów,
znajdował przerwy między falami bólu i w nich żył. Z oczu porażonych dziennym
światłem ciekły mu łzy i Bren żałował, że nie jest na tyle zdrów, żeby kazać
Banichiemu zaciągnąć story.
- To nie jest Shejidan! - zbeształ go Banichi. - Jedzenia nie
przynosi się tu w plastikowych torebkach!
Wiedział o tym. Nie był głupi. Pamiętał, gdzie jest, chociaż
nie był pewien, co mają tu do rzeczy plastikowe torebki. Ból głowy osiągnął
punkt, w którym Bren myślał, że umrze i chciał już z tym skończyć...
Czegoś takiego jednak nie mówiło się atevim, którzy nie myśleli
tak jak ludzie, a Banichi i tak już był na niego wściekły.
I słusznie. Banichi musiał go ratować drugi raz w ciągu
tygodnia. Bren zadawał sobie pytanie, czy aiji - wdowa usiłowała go zabić, i
próbował ostrzec Banichiego, że Cenedi jest zabójcą - tego był pewien. Wyglądał
jak Banichi - nie był pewien, czy to przekonujący argument, ale usiłował tak
uporządkować swoje racje, żeby Banichi nie sądził, że jest kompletnym głupcem.
- Cenedi to zrobił?
Myślał, że tak powiedział. Nie był pewien. Za bardzo bolało go
serce. Chciał tylko leżeć w ciepłych futrach, zasnąć i żeby go nie bolało, kiedy
i jeśli się obudzi, ale bał się, że już nigdy się nie obudzi, a nie zadzwonił do
Hanks.
Banichi przeszedł przez pokój i z kimś rozmawiał. Bren nie miał
pewności, ale pomyślał, że to Jago. Miał nadzieję, że nie będzie kłopotów i że
nikt ich nie atakuje. Żałował, że nie słyszy, co mówią.
Zamknął oczy. Światło za bardzo go raziło. Ktoś zapytał, czy
dobrze się czuje i Bren uznał, że gdyby zaprzeczył, to Banichi zawoła lekarzy
czy coś w tym rodzaju, więc skinął potakująco głową i obsunął się w ciemność,
myśląc, że może jednak zadzwonił do Hanks, a może tylko o tym myślał. Nie był
pewien.
następny |